„Na kłopoty – Bazylek” – fragmenty

Na kłopoty – Bazylek

Samopomoc chłopska
– Przepraszam bardzo – przemówił do mnie Bazylek o świtaniu – ale czy ty nie masz przypadkiem na sobie moich majtek?
– Przypadkiem mam – odparłem informacyjnie – bo moje nie wyschły.
– A czy ty masz taką małą dupeczkę, że się w nie zmieściłeś? – zdziwił się Bazyliszek.
– To ty masz wielgachną – odpowiedziałem uprzejmie.
Nie zareagował. A tak w ogóle to źle się dzieje, bo ja patologicznie nie znoszę, kiedy ktoś rusza moje rzeczy, a szczególnie ubrania. I mam nadzieję, że pozostanę szkieletorem, podczas gdy Bazylek urośnie w siłę i będzie raczej bolkiem. W przeciwnym razie mogłoby dojść do podbierania moich ciuchów, a tego nie zdzierżę.
I wtedy siknie krew.

Normalny chłopak

– Jak już tak poszalałem u dentysty, to mogłem sobie jeszcze wstawić na jedynce brylancik – powiedziałem do Bazylka. – Jak Jelly Roll Norton. Pamiętasz?
– Pewnie, że pamiętam – odparł Bazyliszek. – To ten, którego w pojedynku pianistów rozgromił Tidi Lemons. Ale taki brylancik nie pasowałby ci, tato, bo ty masz wygląd takiego normalnego chłopaka – zakończył Bazylek.
– Normalnego? – zdziwiłem się.
– Tak. Wiesz, okularki, te włosy postawione. Normalny gościu. Jak Danzel.
O, wypraszam sobie.

 

 

Raining blood

– Zrobisz mi raining blood, tatulku? – spytał Bazylek wieczorową porą. – Strasznie jest gorąco.
Ależ oczywiście. Z przyjemnością. Zabawa w raining blood polega na tym, że Bazyliszek wchodzi do kabiny prysznicowej, kuca i czeka. Ja natomiast wydaję z siebie serię rozmaitych warkotów i jęków, po czym, w kulminacyjnym momencie, niczym Tom Araya charczę: raining blood from a lacerated sky, bleeding its horror, creating my structure, now I shall reign in blood…
I wtedy kieruję na moje dzieciątko prysznicową strugę, starając się nalać wodę do Bazylkowego nosa, ust, uszu oraz oczu. Bazylek broni się, śmieje i prycha. Ja zaś warkoczę i jęczę coraz bardziej. W finale następuje solo perkusyjne na dwie stopy, Bazylek wyczołguje się z brodziku na zalaną podłogę, a techniczny rzuca mu ręcznik.
Koniec koncertu.
Światła.
Kurtyna.
Pyszna zabawa.

Sztuka prowadzenia sporów

Taka jest prawda, że nie od dzisiaj ubóstwiam konstruktywny, erystyczny dym. Czyli pyskówki, przemoc słowną i podobne zagrywki. Koniecznie w słusznej sprawie.
Kilka dni temu, kiedy jeszcze panowały tu pentylionstopniowe upały, wybraliśmy się z Bazylkiem na lokalny ryneczek, by, jak prawdziwi rentierzy, posiedzieć na ławce i posmakować życia. Zasiedliśmy więc na naszym stałym miejscu koło wodopoju i wystawiliśmy twarze do słońca.
– Mogę cię trochę ochlapać? – spytał Bazylek, pokazując na legendarny już hydrant z dwoma kranikami.
– Koniecznie – odparłem. – Ale tylko trochę.
Na takie dictum Bazyliszek, kwicząc z uciechy, urządził mi prawdziwy prysznic. A potem ja jemu. Niebawem przyłączyła się do nas dwójka innych, przemiłych dzieci, których rodzice nieopodal, przy kawiarnianym stoliku, raczyli się colą. I tak sobie przez chwil parę dokazywaliśmy, chlapiąc się, ganiając i chichocząc.
W tym momencie podżeglował do mnie na oko pięćdziesięcioletni jegomość w sandałach i upierdliwym głosikiem spytał:
– To twoje dzieciary?
Krew we mnie zawrzała i obudził się duch bojowy.
– Po pierwsze, nie twoje, po drugie, nie dzieciary, po trzecie, TO jest mój syn (stwierdziłem, wskazując na Bazyliszka), a po czwarte, w czym mogę pomóc? – powiedziałem grzecznie.
– To mu, kurde, powiedz, żeby nie chlapał, bo to jest woda za pieniądze podatników i nie będziesz jej tu marnował na chłodzenie się.
Po tym wyznaniu jegomościa, zrobiło mi się przyjemnie gorąco. Przywołałem na twarz uprzejmy grymas i słodziutkim głosem dobrotliwie przemówiłem:
– Proszę mi tu łaskawie nie przeklinać przy dzieciach. To raz. A jeśli nie będzie pan uprzejmy zmienić formy zwracania się do mnie, z przykrością będę zmuszony zasadzić panu kopa w dupę – zakończyłem i ponownie uśmiechnąłem się promiennie.
Jegomościa w sandałach na moment przytkało.
– Ty, ty, ty… – przemówił po chwili. – Zaraz wezwę policję…
– To ja jestem policja – posłużyłem się moim ulubionym cytatem z perły krajowej kinematografii.
Nie doczekaliśmy niestety przybycia prawdziwych funkcjonariuszy, bowiem tymczasem Bazylek napełnił wodą butelkę po pepsi i oblał mnie doszczętnie. A potem ja jego. Więc szczękając zębami, w szampańskich humorkach udaliśmy się do chatynki.

– Pyskacz z ciebie – powiedział Bazylek z uznaniem, kiedy już wycieraliśmy się w naszej miniłazience. – Czy mogę liczyć na to, że będziesz mnie tak bronił w każdej sprawie?
Do samego końca.

 

Low budget

U schyłku wakacji naruszyliśmy ostatnie rezerwy federalne i w towarzystwie Dziadków wybraliśmy się do niskobudżetowego – i dość surwiwalowego – ośrodka nad pobliskim jeziorem. Niestety, arystokracja ciężko adaptuje się w klasie turystycznej, o czym mogłem się przekonać tuż po przybyciu na miejsce…
– Ja wracam do Bolca – powiedział Bazylek po zlustrowaniu zawartości „pięknego domku z luksusowym wyposażeniem”. – Gdzie kibel? Mam nadzieję, że wejście ma w domku, bo nie ma mowy o chodzeniu do łazienki po dworze.
– A toś mnie ubawił – odparłem bez cienia litości. – Zgadnij, co to za budyneczek – dodałem, pokazując mu różowo-zielone gmaszysko pyszniące się nieopodal za zasłoną drzew…
– Chyba żartujesz – stwierdził Bazylek z pierwszymi objawami załamania nerwowego.
– Nie żartuję – odparłem – ale wyluzuj i podejdź do sprawy happeningowo. Mamy łajbę, przytulny domek…
– Ale bez kibla – przerwał mi Bazylek.
– I co z tego? – zaprotestowałem. – Przyjechałeś tu siedzieć w kiblu? Chyba nie. Rozpakujemy się i śmigamy na jezioro.
– Dooooobra – zgodził się Bazyliszek – ale jakby co, to ja chciałem wracać.

 

Więc nie bój się kleszczy…

Bazylek zbezcześcił piosenkę mojego życia. Utwór, który wniósł świeże tchnienie w mój popaprany żywot. Dał otuchę i nadzieję… Ale nie o tym.
Wszystko zaczęło się od tego, że Dziadek złapał kleszcza. A właściwie to kleszcz Dziadka. Nieistotne. Tak czy inaczej, Bazylek z uwagą obejrzał operację usuwania pasożyta, po czym zamyślił się, dygnął i z tłumionym chichotem zaśpiewał mi:

Więc nie bój się kleszcza
Bo ja jestem kleszczem,
co spada na twoje włosy
i na twoje ręce…

Profanacja.

 

Wspomnień garść z wakacji w Kambodży

Pewnego wieczora miał miejsce cudny mecz piłkarski. Najpierw składy, które nigdy wcześniej nie widziały się na oczy, a tak w ogóle to chyba wyszły z wieczornej mgły. Bo ja nikogo z nich wcześniej nie znałem, zaś swoje imiona wymieniliśmy już w biegu…
Tamci: Tata Marcinka, Marcinek, Bazylek.
Nasi: Ja, Dziadek, Jakiś Chłopiec.
Graliśmy do czarnej nocy, do utraty tchu oraz świadomości. Półnadzy i zlani potem. Niestety, spotkanie zakończyło się przed czasem z powodu kontuzji części zawodników, których zniesiono z boiska w stanie śpiączki. Najpierw Tata Marcinka piękną, nabitą torpedą odstrzelił Bazylkowi głowę. W chwilę potem skasował własne dziecko, czyli Marcinka, który po strzale w splot słoneczny dziwnie zaniemówił i tylko leżał na trawie, patrząc na nas bez tchu, za to z dziwnym wytrzeszczem.
Dogrywki niestety nie było, bo Marcinkowie wyjechali następnego dnia, pozostawiając mnie i Dziadkowi gorycz porażki, bowiem spotkanie zawieszono przy jednobramkowej przewadze Tamtych.

Kiedy już przebierała się miarka i obozowo-proletariacka rzeczywistość łapała nas za nasze arystokratyczne gardła, jechaliśmy do pobliskiego miasta, gdzie znajdowała się genialna, wspomniana już włoska restauracja. Tam oddawaliśmy się rozkoszom podniebienia, że wspomnę tylko kurczaczki po królewsku w miodowym sosie czy rigatoni z sosem carbonara. Albo ziemniaczane kokonki…
A wieczorami Kapitan Korkoran – czyli ja – zasiadał na schodkach swojej letniej rezydencji i pykał sobie przednie cygara w rodzaju Hampton Court.
Świetne na komary.
– Te cygara są grubsze od ciebie – powiedział pewnego wieczora Dziadek.
A kiedy się obraziłem i chciałem przerwać to dworowanie z mojej osoby, Bazylek przyszedł w sukurs Dziadkowi, mówiąc:
– Nie gaś, nie gaś, fajnie pachną, jakby pizzą…
Po czym obaj, chichocząc, poszli za domek.

 

Na zsyłce

Przedostatniego dnia naszego pobytu w ośrodku wczasowym o zaostrzonym rygorze, bardzo wieczorowa porą Bazylek upomniał się o kolację. Chyba trzecią z kolei. A kiedy zaprotestowałem, zaczął negocjować:
– Chociaż kanapeczkę, serek, wafelka, sucharka.
Ja zaś konsekwentnie odmawiałem.
– No nie – oburzył się Bazylek. – Kilkanaście kilometrów stąd moi koledzy leżą w normalnych łóżkach i grają sobie na telefonach z javą i aparatem fotograficznym. A ja tu muszę żebrać o suchara…
Następnego ranka Bazylek obudził mnie delikatnie i wyszeptał:
– Nie chcę już sikać w nocy do wiadra.
– Więc wędruj do latrynki – poradziłem. – Nawet ci mogę towarzyszyć…
– Ale tam jest syf i malaria – odrzekł Bazylek.
A to już inna sprawa.

 

 

Bazylek przyzwoitek

– Nie musiałeś się z tą kobietą na rynku AŻ TAK obściskiwać – przemówił Bazylek z przyganą, kiedyśmy wracali do domu ze spaceru.
– Aż jak? – spytałem zaskoczony.
– Aż tak – powtórzyło moje dzieciątko. – Co to w ogóle było? Od kiedy ty jesteś taki całuśny?
– Ależ to była koleżanka, której nie widziałem sto lat – zacząłem się gęsto tłumaczyć. – Kiedyś razem pracowaliśmy i się bardzo lubiliśmy…
– Jak bardzo? – przerwał mi Bazylek.
– Oj, nie łap mnie za słówka – zdenerwowałem się. – To jest taka moja przyjaciółka, która wyjechała i długo jej nie widziałem. Bo ona mieszka daleko stąd. Teraz przyjechała tylko na parę dni. I się bardzo ucieszyłem na jej widok. I stąd ta reakcja. A poza tym ona ma męża i synka w twoim wieku – dodałem.
– Skoro ma męża, to tym bardziej nie powinieneś się z nią tak obściskiwać. Była godzina piętnasta, środek miasta i wszyscy się na was gapili.
– Nie przesadzaj – odparłem – wcale się nie obściskiwaliśmy…
– Tylko się na siebie rzuciliście i się całowaliście – uściślił Bazyliszek.
– Ale zrozum – wiłem się dalej. – Tak się witają i żegnają bliscy znajomi, przyjaciele, ludzie, którzy się lubią…
– Ja się z Wojtasem ani Kubą tak nie witam ani nie żegnam – powiedział Bazylek.
– Nie rozśmieszaj mnie – odrzekłem. – Przecież to nie jest to samo.
– Dokładnie to samo – zaparł się Bazylek. – Znajomi to znajomi.
– Właśnie że nie – brnąłem dalej. – A poza tym to ona zaczęła.
– Więc trzeba ją było zdystansować – oświadczył Bazylek. – Ale skąd? – wpadł nagle w sarkastyczny ton. – Tobie się to obściskiwanie bardzo podobało…
Trzymajcie mnie.

 

Zubożała szlachta
– Chodź na lody – powiedział Bazyliszek podczas codziennej, rytualnej miastówki.
A kiedy spojrzałem na niego z lekkim niepokojem, dodał:
– Nie bój się, ja stawiam.
Do tej jakże żenującej sytuacji doszło na skutek przedłużającego się kryzysu gospodarczego oraz gwałtownego załamania naszego domowego budżetu. Pośród czynników, które wpędziły nas w nędzę, wymieniłbym: pentylion złotych wydanych na dentystę oraz ogólnie złą sytuację nauczycielstwa polskiego, co przykładowo sprawiło, że tego lata nie zarobkowałem wcale. Na własne życzenie.
Jak tak dalej pójdzie, będę zmuszony wziąć akordeon Dziadka oraz kubek z ołówkami i zasiąść pod Domem Handlowym Mieszko. Obok siebie posadzę wiecznie umorusanego Bazylka w przekrzywionym bereciku i z zabandażowaną nóżką.
I muszą wrzucać. Jeśli nie – ja zacznę grać, zaś Bazylek śpiewać.
A tego to akurat nie polecam.

Po nas
– Ale numer, Kazik sikał po mnie – powiedział Bazylek, bardzo przejęty.
– Albo po mnie – dodałem.
– Jak sikał do kibla, to po mnie, a jeśli do pisuaru, to po tobie – sprecyzował Bazylek. – Mogliśmy go poprosić, żeby zaśpiewał Kirgiza albo Dzisiaj przyjeżdża Krysia, nie?
Takie refleksje naszły Bazylka po tym, jak skorzystawszy z toalety w Pieście – czyli hotelu Piast – wychodząc, zaliczyliśmy czołowe zderzenie z niejakim Kazimierzem Staszewskim.
Początkowo uznałem to za złudzenie optyczne (bo skąd nagle Kazimierz w naszym grodzie), potem jednak uwierzyłem. A to za sprawą Banana i całej reszty, którzy w tym czasie na tarasie hotelowym w najlepsze wcinali osławione pierogi bolesławieckie.
– Ale ty naprawdę tak się podniecałeś tym spotkaniem z Kazikiem? – spytałem kwadrans później, kiedy już zasiedliśmy w naszej chocolaterie.
– No coś ty – odparł Bazyliszek. – Tylko tak się nabijałem. Ale w sumie to sikał Kazik po nas? Sikał.
W sumie tak.

Kilerów trzech
Było piątkowe wczesne popołudnie. Uporawszy się z wszystkimi szkolnymi obowiązkami, zasiadłem przy kompie w domu rodzinnym – czyli u Dziadków – co by sobie troszkę w spokoju porzeźbić. Według mojej orientacji, Bazylek powinien był być wtedy w szkole, ewentualnie w świetlicy, z przyjaznymi kolegami.
W pewnej chwili usłyszałem podwójny dzwonek domofonu. Czyli swój, bo taki mamy umówiony, niepodrabialny sygnał. Jakież było moje zdziwienie, gdy ze słuchawki dobiegł mnie głosik mojego dziecięcia:
– Cześć, Waldek, przyjechałem po złoto.
Lubię tego gościa.

De gustibus
– Zaczynasz słuchać coraz bardziej szmaciarskich zespołów – stwierdził Bazylek po tym, jak nakłoniłem go do obejrzenia zestawu klipów All Saints oraz oczywiście Black Eyed Peas. – A obawiam się, że to dopiero preludium twojego muzycznego upadku – dodał.
Zatkało mnie.
– Jak ty się kunsztownie wyrażasz – stwierdziłem z uznaniem, na chwilę zapominając o przedmiocie Bazylkowej krytyki. – A wracając do muzyki, to czy chcesz porozmawiać o Danzelu albo o DJ-u Bobo? – spytałem. – Albo o tych wszystkich polskich hiphopowcach z list przebojów, szalonych żabach i innych las keczupach?
– Już ich nie słucham – odparł Bazylek – bo w porę zrozumiałem swój błąd. Teraz słucham Warchlaków, Białe Paski i Blur. Zatkało?
Zatkało.

Nieznośna lekkość bytu
Z braku lepszego zajęcia, wczesnowieczorową porą poturlaliśmy się z Bazyliszkiem w dół miasta. Tak się przyjemnie turlało, że dotarliśmy aż w okolice wiaduktu, gdzie Bazylek zaproponował, by coś gulnąć w osławionym barze Pod Klonem. Tak też zrobiliśmy, bo od galopady po mieście trochę zaschło nam w gardłach.
W pewnej chwili Bazyliszek oderwał od ust butelkę z tymbarkiem i powiedział:
– Nie wierzę własnym oczom. Tylko się odwróć i zobacz, co stoi w drugiej sali. Stół bilardowy. To zdecydowanie zmienia nasze plany na ten wieczór.
Ano zmieniło. Bowiem od czasów pobytu w ośrodku wczasowym o zaostrzonym rygorze jesteśmy wielkimi miłośnikami bilarda. I z utęsknieniem czekaliśmy na kolejną sposobność do gry.
Najpierw spętałem konie, potem z lubością rozpłaszczyliśmy się i rozgościliśmy… Z baru pobraliśmy tymbarki, grześki oraz cheetosy i zaczęło się wielkie granie.
W lokalu poza przemiłą właścicielką nie było nikogo. Nikt nie burczał, nie pił piwska, nie śpiewał i nie kopcił fajek. Pełna kultura.
– Ale piękny wieczór – powiedział Bazylek rozmarzony. – Chcę tak żyć.
Ja też.

Doktor złoty ząb
Podczas wizyty u pani doktor Bazylek zażyczył sobie mieć złotą plombę na piąteczce. Początkowo nalegał na czerwoną, ale z braku laku, w ostateczności wybrał złoto.
Po zainstalowaniu plomby powstał problem, czy ją dostatecznie dobrze widać. W ruch poszły lusterka i inne akcesoria, ale Bazylek wciąż był niepocieszony, bo planował jutro w szkole na dzień dobry oślepić chłopaków.
– W sumie to bym wolał złoty ząb – wyznał po wyjściu z gabinetu – ale złota plomba to też bajer, nie?
Jasne. Złota plomba albo brylancik na jedynce.
Choruję na coś w tym stylu.

Bazylek oszczędza
Wczoraj po raz kolejny wzięliśmy udział w kultowej imprezie pod nazwą Jeleniogórski Jarmark Różności i Osobliwości. Bazylek jak zwykle dokonał cudu gospodarczego, pojechał bowiem z oszczędnościami w wysokości 110 PLN, powrócił natomiast o dwie dychy bogatszy. Bo złupił Dziadków.
A w nawiązaniu do różności i osobliwości, to kupiliśmy sobie po jednej. Bazylek – kartofelki z sosikiem czosnkowym za cztery złocisze, zaś ja – pajdę ze smalcem z boczkiem i papryczką. Plus ogórek. Tylko dwa nowe polskie złote za zestaw.
Wyjątkowo nie szastaliśmy forsą, bowiem oszczędzamy na profesjonalnego BMX-a.
Ha.

Prawo niezbywalne
– A dlaczego ja nie głosowałem w wyborach prezydenckich? – spytał Bazylek podczas konsumpcji Chrupserka z szynką.
– Bo nie jesteś uprawniony – wyjaśniłem uprzejmie.
– Ale dlaczego? – dopytał Bazyliszek.
– Jesteś za młody. Prawo do głosowania uzyskuje się wraz z wejściem w wiek dorosły – oświadczyłem.
– A czy ja mam w ogóle jakieś prawa obywatelskie? – spytał Bazyliszek ze smutkiem.
– Masz, na przykład, prawo do nauki w szkole – poinformowałem moje dziecko po chwilowym namyśle.
– To ja się zrzekam – usłyszałem w odpowiedzi.

Born to be wild
W ostatnich promieniach październikowego słońca urządziliśmy sobie ekstremalną rowerową galopadę, po której na dodatek nastąpił wyczerpujący mecz piłkarski. W pierwszym napotkanym sklepie rzuciliśmy się więc do lodówki z napojami, gdzie Bazylek błagalnie spojrzał mi w oczy, kierując sękaty paluszek w stronę płynów energetyzujących.
– Zgoda – powiedziałem, podając mu niebieskawy napój (o wyglądzie płynu do mycia szyb), na spożywanie którego zezwalam mu niebywale rzadko i tylko w specjalnych okolicznościach.
Bazylek wziął tęgiego łyka, zamyślił się i po chwili oświadczył:
– Wiesz, wcale mnie ten napój nie dopala tak, jak się spodziewałem. Ale ja to chyba jestem dopalony od urodzenia, prawda?
Oj, prawda.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social profiles